Fav me


Dodaj do ulubionych

Podlinkuj

About

Wy naprawdę myśleliście, że życie towarzyskie w Hogwarcie kończy się na nieśmiałych pocałunkach Harrego i Ginny...?

Dzieje się o wiele, wiele więcej.


Rozdziały

Prolog
Rodział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X

Favs

klik!

TwilightowoOceny opowiadań!Truskawkowe ocenki!samogloskamawakoPalanorprzyjaźń czy kochanie?Za tropem...Tańcząca w deszczu.!dimwit. unwantedly .huncwociChyba śniszalvisOpowiadania HP yaoi by rosajagrobowiec-tutanchamona

Linki

Prefectly-good
Oceny Riddikulus
poczochrane oceny
Magia pisania
Rasowe Oceny
Hermiona & Draco Story
Patronus Charm
Gratin
Zamek ocen
Kompania ocenowa
niebiańsko-piekielne oceny
potterowska-ocenialnia
Skromne oceny potterowskie

Szablon

Szablon zrobiłam ja. Grafika znaleziona gdzieś na Photobucket

Poprzednie szablony:
ver. 1
ver. 2
ver. 3






Rozdział XI. 19.listopada.2009~

Jak wielkim trzeba być idiotą, żeby nabrać się na tak tani numer?
Reiss zamknął oczy, przełykając głośno ślinę. Nie siłował się na robienie scen i plucie, bo najwidoczniej zadawał sobie sprawę, że i tak jest na to za późno. Eliksir najpewniej już rozpoczął swą wędrówkę po organizmie, o której skutkach miałem nadzieje rychło się przekonać.
- I jak? – tym razem to ja przejąłem rolę zaciekawionego obserwatora.
- Nawet się do mnie nie odzywaj. – ofuknął mnie chłopak, rzucając mi jadowite spojrzenie.
- Nie przesadzaj. – w moim głosie dało się słyszeć nieumiejętnie ukrywane rozbawienie. – To nie moja wina, że jestem taki cudownie sprytny, a ty taki naiwny.
Była to najprawdziwsza prawda. Przebiegłość uważałem za jedną ze swoich największych zalet. Każdy wiedział, że Draco Malfoy zawsze dostaję to, czego chcę. Być może jestem zmuszony niekiedy spalić za sobą parę mostów lub pogrzebać paru przyjaciół, lecz są to straty z którymi mogę się bez problemu pogodzić.
Gryfon zmarszczył brwi, obrażony moimi słowami. Och, gdyby wzrok mógł zabijać, to prawdopodobnie leżał bym teraz martwy.
- Jesteś niewiarygodny. – powiedział, podrywając się do pozycji stojącej.
- A ty dokąd?
- Idę stąd. Nie spędzę w twoim towarzystwie ani minuty dłużej. – warknął, odchodząc w stronę drzwi.
- Nie robiłbym tego na twoim miejscu. – rzuciłem beztrosko, kiedy ręka bruneta spoczęła na klamce.
- Bo co? – odwrócił głowę zirytowany.
- No wiesz, nie wiemy kiedy i jak będzie działać eliksir. Chyba nie chcesz spotkać kogoś znajomego albo nauczyciela w takim stanie, prawda?
Odpowiedziała mi cisza. Reiss zdawał się intensywnie nad czymś myśleć, postanowiłem więc kontynuować mój wywód.
- Oczywiście do niczego Cię nie zmuszam. Ja po prostu uważam, że najlepiej dla ciebie będzie tu zostać. W końcu to ja zrobiłem ten eliksir i to ja najlepiej wiem jak się z nim obejść. – powiedziałem, kładąc wyraźny nacisk na ostatnie zdanie.
Widziałem, jak gryfon zaciska pięści ze złości. Westchnął jednak i wrócił na swoje miejsce, mamrocząc pod nosem przekleństwa.
- Całe szczęście, ze brakuje ci tej gryffindorowskiej upartości. – stwierdziłem, obserwując go.
- Dobra, dobra, panie Czysta Krew, lepiej powiedz co mamy niby teraz zrobić.
Pan Czysta Krew? Niezłe. Widzę, że wystarczającą otwarcie wyrażam na forum szkoły moje poglądy.
- Zobaczymy, czy działa. - odparłem, a moje usta wykrzywiły się w chytrym uśmieszku.
- Zacznijmy od czegoś prostego. Rozkazuje ci podskoczyć.
- Co za głupota? Tobie chyba… - zaczął Reiss, lecz zamilkł nagle, podrywając się na nogi. Wykonał jeden podskok w miejscu, po czym powrotem usiadł. Na jego twarzy malowało się zdziwienie.
- To było dziwne. – stwierdził.
- To dopiero początek. Powiedz mi lepiej, jak się czujesz.
- Dobrze, ale…w jednej chwili miałem ochotę cię pobić, a w następnej czułem, jakby twój rozkaz był jedyną słuszną rzeczą na świecie. – Vincent utkwił wzrok gdzieś w przestrzeni nad moją głową.
- To chyba znaczy, że działa. – wzruszyłem ramionami, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem, co mam z nim w tym momencie zrobić.
Mam mu kazać zatańczyć? Odrobić moje prace domowe? Przynieść mi sok z dyni?
Bez sensu.
Już wiem. Słyszałem, że ma tatuaż. Muszę to sprawdzić.
- Zdejmij koszulkę. – rozkazałem beznamiętnie.
- Co?! – krzyknął gryfon, lecz zaczął rozpinać guziki. - Malfoy, wiedziałem że jesteś zboczeńcem!
- I kto to mówi. – odparłem, obserwując każdy ruch bruneta.
- Nie wierzę. – mamrotał pod nosem, zsuwając z ramion śnieżnobiałą koszulę. – Jeśli tak bardzo chciałeś zobaczyć mój striptiz, to trzeba było wcześniej poprosić. – rzucił w moją stronę, siląc się na dowcip.
- Zamknij się. – odburknąłem, przewracając oczami.
Co jak co, ale jedno muszę Reissowi przyznać. Ma świetne ciało. Gdy pozbył się górnej części garderoby, z trudem zdołałem zachować obojętny wyraz twarzy.
Można go określić bardziej jako drobnej postury chłopaka, niż jako dorosłego mężczyznę. No ale w końcu, dorosły to on jeszcze na pewno nie jest. W każdym razie, na pewno nie mentalnie.
Pod jego śniadą skórą, delikatnie rysowały się mięśnie, co nadawało jego ciele wrażenie smukłości.
Mógłbym nazwać go atrakcyjnym, no ale przecież nie będę rozpatrywał go w takich kategoriach. Na pewno nie.
Spuściłem wzrok na wysokość klamry od skórzanego paska gryfona.
Plotki po raz kolejny okazały się prawdziwe. Rzeczywiście tam jest.
- Amore oppure Morte? – przeczytałem ozdobne litery, zbliżając się do niego.
Tatuaż znajdował się nisko na biodrze i był raczej niewielki. Vincent wzdrygnął się, gdy moje zimne palce zetknęły się z jego wytatuowaną skórą.
- Miłość albo śmierć. Jakie to romantyczne. – Spojrzałem na niego drwiąco, zdając sobie sprawę, że dzieli nas jedynie kilka centymetrów.
- Jak cholera. – odparł beznamiętnie Reiss.
- Można wiedzieć, jaka porywająca historia kryje się za tym tatuażem?
- Nie twój interes.
- Rozkazuje ci powiedzieć ,dlaczego masz akurat taki tatuaż. – wyrecytowałem.
- Zrobiłem go rok temu, w czasie gdy byłem szaleńczo zakochany w Alexie Headleyu. Jest pół Włochem, więc uznałem, że to wspaniały pomysł uczcić nasz związek tatuażem, z napisem po włosku. Teraz żałuje. – Gryfon wypowiedział te słowa niemal jednym tchu.
- A Czemu żałujesz? – zapytałem - To znaczy, rozkazuje ci powiedzieć dlaczego żałujesz. – dodałem z satysfakcją.
- Bo tego samego dnia mnie rzucił. – wycedził przez zęby.
Przyznam, że zrobiło mi się go nawet żal. Czyżby w Hogwarcie grasował ktoś odznaczający się większą jadowitością i brakiem współczucia ode mnie? Do tego wykorzystał tego biednego naiwniaka, jakim jest Reiss. Cudowny zbieg okoliczności.
Tylko co to za dziwne ukłucie gdzieś w klatce piersiowej? Przecież nie jestem o niego zazdrosny. Powiem więcej - ja nie nawet nie znam tego uczucia! No bo przecież o co zazdrosny może być człowiek, który posiada wszystko czego zapragnie?
- To smutne i żałosne jednocześnie. – Skwitowałem.
- Dzięki. Czekałem, żeby poznać twoją opinie na ten temat. – przewrócił oczami, zakładając z powrotem koszulę.
Nagle moją uwagę przykuła marynarka Reissa, która leżała rzucona niedbale na stole. Z kieszeni wystawał zgnieciony kawałek pergaminu, który wyglądał mi na list. Korzystając z nieuwagi Gryfona sięgnąłem po kawałek papieru i wcisnąłem go do kieszeni spodni.
Oczywiście, mogłem mu po prostu rozkazać, żeby pokazał mi ten list, ale w życiu nie przyznałbym się, że interesuje mnie jego żałosna korespondencja.
- Dobra, starczy tego. – powiedziałem głośno. – Efekt eliksiru powinien zaraz minąć.
Skierowałem się w stronę drzwi, zostawiając za sobą Vincenta, zdezorientowanego moją nagłą utratą zainteresowania. Zanim pociągnąłem za klamkę, odwróciłem się i spojrzałem na bruneta, który nadal stał bez ruchu, jakby czekając na mój kolejny rozkaz.
W złocistym świetle, które wlewało się przez ozdobione witrażem okno, jego włosy zdawały się być jeszcze bardziej potargane niż zwykle. Nadawało mu to wygląd beztroskiego łobuza, a takich typów nienawidzę najbardziej.
Nienawidzę, prawda?
- Ach, i jeszcze jedno. – powiedziałem lustrując chłopaka. – Czy ty naprawdę tak myślisz?
- Co myślę? – uniósł brwi.
- Że miłość jest niby taka ważna.
Na parę chwil, twarz Reissa straciła jakikolwiek wyraz, zupełnie jakby go ktoś spetryfikował. Po chwili jednak jego usta stopniowy uformowały się w szyderczy uśmieszek, którego nawet ja sam bym się nie powstydził.
- Nie, to głupota. – powiedział w końcu, odwracając wzrok.


List okazał się bardziej interesujący niż przewidywałem. Na moje nieszczęście, ostatnio obudziła się we mnie jakaś dziwna potrzeba wtykania nos w nie swoje sprawy. Mówiąc „nie swoje”, mam tu na myśli sprawy Reissa.
Postanowiłem więc, ignorując wiszące nade mną widmo mojego dogorywającego, malfoyowskiego wizerunku, śledzić Gryfona tej nocy.
Nie moja wina, że zżera mnie ciekawość, a to może być całkiem niezłe przedstawienie.
Zresztą, ostatnio każda alternatywa spędzenia czasu w pokoju wspólnym Slytherinu, z wiszącymi mi nad ramieniem Crabbem i Goylem, wydaje mi się porywająca.
Tak postanowiwszy, zaszyłem się wieczorem gdzieś w cieniu, nieopodal głównego wejścia do zamku. Czekałem na Vincenta, który, jak miałem nadzieje, planował udać się na spotkanie.
Na błoniach panowała cisza. Z nieba padał śnieg, przez który bujna roślinności Hogwartu zniknęła pod ogromnymi zaspami. Gdzieś w oddali, na granicy słyszalności, pohukiwała smętnie samotna sowa. Nawet wiatr, który zwykle bez opamiętania mierzwił taflę jeziora, zdawał się chicho przemykać między drzewami, zupełnie jakby i on wsłuchiwał się w zimowe odgłosy.
Przebywanie w ciszy jest takie kojące.
Nagle usłyszałem skrzypienie drzwi. Przywarłem do ściany w obawie, ze zostanę zauważony, lecz Vincent przeszedł koło mnie w pośpiechu, nie oglądając się naokoło.
Odczekałem chwilę, po czym ruszyłem za nim w kierunku zakazanego lasu. Podłoże pokryte białym puchem nie działało na moją korzyść, ponieważ każdy krok musiałem wykonywać niezwykle ostrożnie, próbując uniknąć trzeszczącego odgłosu, wydawanego przez zapadający się pod stopami śnieg. Na szczęście, Reiss zdawał się zbyt zaaferowany, by zwracać uwagę na jakieś niezidentyfikowane szmery za jego plecami.
Gdy znaleźliśmy się na skraju zakazanego lasu, Gryfon zwolnił kroku. Skręcił w lewo i zaczął iść powoli wzdłuż linii drzew, rozglądając się gorączkowo. Nadal podążałem za nim, z niepokojem patrząc na wynurzające się z zakazanego lasu cienie, których macki zdawały się sięgać o wiele dalej, niż mieściło to się w normie wyznaczonej przez Matkę Naturę.
Co chwilę, gdy brunet się odwracał, przystawałem z sercem w okolicy gardła. Byłem oddalony od niego o niespełna parę korków i tylko ciemność nocy ratowała mnie przed zdemaskowaniem.
Przed nami, zupełnie niespodziewanie, pojawił się wysoki, postawny, czarnowłosy chłopak. Nie zauważyłem jego przybycia, zupełnie jakby wyłonił się spod ziemi. Szatę miał zarzuconą frywolnie na szerokie ramionach, a krawat od koszuli poluzowany tak, aby poły kołnierza odsłaniały opaloną szyję. Tandetny typ.
- Alex… - powiedział cicho Vincent, robiąc parę śpiesznych kroków w jego kierunku.
Śniady chłopak uśmiechnął się i oboje zbliżyli się do siebie. Reiss wahał się, centymetr po centymetrze likwidując dystans między nimi, tylko po to, by po chwili znów się cofać. Zupełnie jakby za kołnierz targał go zdrowy rozsądek we własnej osobie, próbując odciągnąć go od Headleya.
- A więc…chciałeś się spotkać, prawda? – wykrztusił inteligentnie, wlepiając wzrok w ziemię.
- Tak, to prawda. – spojrzał na niego z uśmiechem. – Bałem się, że nie przyjdziesz.
Gryfon tylko wzruszył ramionami, drapiąc się w tył głowy. Z moich prywatnych obserwacji wynika, że robi to zawsze, kiedy jest zakłopotany.
Para stała kolejne parę chwil w ciszy, a ja zacząłem się zastanawiać, po jaką cholerę tam siedzę. Spodziewałem się lepszego przedstawienia, a na dodatek było mi zimno i bolały mnie nogi od kucania za krzakiem, który, nawiasem mówiąc, miał ostre kolce, z których kilka wbiło się w rekę.
- Muszę ci coś powiedzieć. – usłyszałem głos Alexa.
- Co? – zapytał niepewnie Vincent, a w jego oczach zabłysła ciekawość.
- Nie spodziewałem się, że… - odwrócił się na pięcie, robiąc parę powolnych kroków w tył, jakby zbierając myśli. Dłonie miał splecione za plecami.
Reiss patrzył na niego wyczekująco.
- …Że jesteś aż takim idiotą. – dokończył, z twarzą wciąż skierowaną w stronę lasu.
Tego nawet ja się nie spodziewałem. Uniosłem głowę, by lepiej widzieć całe zajście. Reiss stał otępiały, wlepiając wzrok w plecy rudzielca.
Chwila.
Czy on nie miał przed chwilą czarnych włosów?
- Co się do cholery dzieje?! – wykrzyknął Gryfon, robiąc krok do tyłu. Z zakazanego lasu dobiegł cichy szelest.
Po chwili spomiędzy drzew wyłoniła się kolejna postać.
Potargane włosy okalające wychudzoną twarz o nieapetycznie zapadniętych policzkach i szara, wysłużona sukienka, mogły należeć tylko do jednej osoby.
Po raz kolejny przed oczami zobaczyłem Bellatrix Lestrenge. Moją matkę chrzestną.
- Wystarczy tego przedstawienia, Nott. – powiedziała, wykrzywiając usta w złośliwym uśmiechu. Podeszła do mężczyzny i poklepała go z uznaniem po ramieniu.
Mężczyzna odwrócił się. Był to starszy człowiek, o twarzy naznaczonej bliznami. Rude włosy zaczesane miał na bok, w żałosnej próbie ukrycia sporej łysiny. Podobnie jak Bellatrix, uśmiechał się szyderczo.
Albert Nott. Śmierciożerca.
- Pytasz co się dzieje…? – zaczęła przeciągle kobieta, zmierzając w kierunku Vincenta.
- Przyszliśmy po ciebie, słodziutki. – zaśmiała się, wyjmując różdżkę.
Nie rozumiałem co się dzieje. Nic nie słyszałem o planach wtargnięcia popleczników Voldemorta na teren Hogwartu. Ale mniejsza z tym! Ważniejsze jest to, czego oni mogą chcieć od Reissa?!
Instynktownie wsunąłem dłoń do kieszeni i zacisnąłem ją na różdżce.
Gryfon wpatrywał się w biała jak papier twarz Bellatrix, po czym cofnął się o kolejne parę kroków, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Był równie zdezorientowany co ja.
Mimo wszystko, widok uzbrojonej wiedźmy i jej słowa musiały do niego w końcu dotrzeć, bo odwróciwszy się gwałtownie, zerwał się do biegu.
- Nie tak szybko! – Wrzasnęła za nim. – Drętwota! – nieprzenikliwa dotąd ciemność została rozdarta przez czerwony błysk.
Nie udało jej się trafić.
To co zdarzyło się potem, zapisało się w mojej pamięci jako kilka krótkich chwil, które mignęły mi przed oczami jak szalone. Niczym pędzące obrazy, które zmieniały się zbyt szybko, by móc się im dokładnie przyjrzeć.
To co zrobiłem, stało się niemal mimowolnie. Czułem, jakby jakaś część mnie stanęła na uboczu, stając się biernym obserwatorem zdarzeń, w których uczestniczyłem.
A stałem się ich częścią od chwili, kiedy rzuciłem Drętwotę na Bellatrix, która padła jak kłoda na ziemię, pod wpływem niespodziewanego zaklęcia.
Następną rzeczą jaką dostrzegłem, było ciało Notta opadające bezwładnie obok kobiety. Tym razem była to sprawka Reissa, który wykrzesał z siebie resztkę trzeźwości umysłu by zdobyć się na ten krok.
Wynurzyłem się zza krzaków i nie czekając ani sekundy chwyciłem gryfona za ramię.
- Idziemy! – niemal krzyknąłem mu w twarz, na której malowało się niewiele więcej niż głupkowate zdezorientowanie, jakże podobne do tego, które widzę codziennie na twarzach Crabbe’a i Goyle’a!
Szczerze mówiąc, miałem nadzieje, że Reiss nie będzie zadawał żadnych pytań. Bo niby skąd się tu wziąłem i dlaczego go uratowałem…?



Od autorki. 2.lipica.2009~

Przepraszam, że tak długo nie ma nic nowego, ale jakoś trudno mi przychodzi napisanie nowego rozdziału:< Do tego 8 lipca wyjeżdzam, ehh. Dziękuje wszystkim komentującym i zapewniam że nie zapomniałam o blogu;)